Adam Nawałka rozpoczął pracę z reprezentacją

Adam Nawałka rozpoczął pracę z reprezentacją

W pierwszych dwóch próbach poszło mu słabo. Nowy selekcjoner zdecydowanie …

W pierwszych dwóch próbach poszło mu słabo. Nowy selekcjoner zdecydowanie przeszacował możliwości zawodników na co dzień kopiących piłkę w słabiutkiej polskiej lidze. Większość z nich, biorących udział w meczach ze Słowacją i Irlandią, udowodniła, że do meczów na poziomie międzynarodowym najzwyczajniej w świecie nie pasuje. Za wysokie to progi po prostu.

Pierwsze mecze nie obyły się również bez nieprzyjemnych spraw nie związanych z taktyką czy skutecznością. Po remisie z Irlandią na światło dzienne wyszła sprawa nieobecnego w kadrze Obraniaka. Francuz, z polskim obywatelstwem, zrezygnował z reprezentacji jeszcze za kadencji Waldemara Fornalika. Czuł się wtedy napiętnowany przez media i działaczy PZPN, którzy zarzucali mu, że się nie stara i grając w kadrze już cztery lata wciąż nie mówi po polsku. Sportowo też w wielu meczach Ludovic prezentował się mizernie. Dlatego, kiedy przysłał pisemną rezygnację z występów w zespole z orłem na piersi, to nikt specjalnie po nim nie płakał. Ale paradoks jest taki, że Obraniak w silnej lidze francuskiej gra dobrze. Strzela gole, zalicza asysty. I prawdopodobnie także dlatego Nawałka obejmując reprezentację zapowiedział, że u niego wszyscy dostają czystą kartę i zaczynają od zera. Obraniak również. Jednocześnie dodał, że nie myślał o Obraniaku w kontekście pierwszych powołań na Słowację i Irlandię, że pojedzie do Francji z nim pogadać za kilka tygodni. Tymczasem… Kilka dni po słabiutkich meczach prawdopodobnie szukano tematu zastępczego i Nawałka sam zadzwonił do dziennikarza „Przeglądu Sportowego”. Selekcjoner zeznał, że Obraniaka chciał powołać, ale piłkarz mu definitywnie odmówił. Obraniak kilka godzin później odpowiedział. Stwierdził, że zadzwoniono do niego w dniu rozsyłania powołań, że jego żona właśnie rodzi, i że on do kadry chce wrócić, ale nie w tym momencie i że sposób załatwiania sprawy jest co najmniej dziwny. Pat trwa.

Kilka dni wcześniej lekko poniosło kontuzjowanego piłkarza reprezentacji Polski Mateusza Klicha. Ponieważ nie mógł grać, to zasiadł na trybunie w roli widza. Kadra grała beznadziejnie, więc ludzie gwizdali i krzyczeli. Klichowi to się nie spodobało, więc na Twitterze napisał, że to co się dzieje na stadionie we Wrocławiu to jest masakra. - Ludzie przychodzą żeby zjeść i ponapi***. Trzeba wydać 40.000 zakazów stadionowych – dodał. Poniosło młodziana i to niebezpiecznie daleko. Media społecznościowe to dobrodziejstwo naszych czasów, pod warunkiem, że ktoś umie się z tymi narzędziami obchodzić mądrze i rozsądnie. Impuls, frustracja czy niemoc, nie są dobrymi podpowiadaczami treści. Koledze Klichowi, nawiasem mówiąc zdolnemu, młodemu piłkarzowi, doradzę, by się skoncentrował na piłce, a telefon odłożył na półkę i się więcej takimi wpisami nie kompromitował.

Kilka tygodni temu ludzie pluli, krzyczeli i obrażali aktorów w Teatrze Starym w Krakowie podczas spektaklu Do Damaszku – Augusta Strindberga, w reżyserii dyrektora tej zasłużonej polskiej sceny, Jana Klaty. Widzowie krzyczeli: Hańba! Precz! Skandal! Wdali się nawet w polemikę z aktorem Krzysztofem Globiszem. Nie znalazłem nigdzie zdania ani reżysera Klaty, ani któregoś z aktorów, by komukolwiek z widzów nałożyć „zakaz teatralny”. Bo w przeciwieństwie do młodego piłkarza Klicha, artyści rozumieją, że ludzie zapłacili za bilety, że coś się im może nie podobać, i że mogą wyrażać swoje niezadowolenie. Sama forma manifestacji niezadowolenia to już sprawa drugorzędna, choć absolutnie nie przystająca do powagi i świętości narodowej sceny teatralnej. Ale to już nie zmartwienie twórców inscenizacji (jaka by ona nie była), ale świadectwo kultury osobistej i poczucia dobrego smaku tych, którzy na to przedstawienie przyszli.