Po finale

Po finale

Decima już nie jest pragnieniem i obsesją. Dziesiąty Puchar Europy dla Realu stał się faktem. Królewscy czekali na niego 12 lat, od pamiętnego finału z Bayerem Leverkusen w Glasgow.

Decima już nie jest pragnieniem i obsesją. Dziesiąty Puchar Europy dla Realu stał się faktem. Królewscy czekali na niego 12 lat, od pamiętnego finału z Bayerem Leverkusen w Glasgow. Jako kibic Realu przeżywałem ten mecz straszliwie. Jak nastolatek. Krzyki, podskoki, podrywanie się z krzesełka. Wkurzałem się na beznadziejne wyjścia Casillasa i na psującego wszystko w drugiej linii Niemca Khedira. Zmiany Carlo Ancelottiego odmieniły oblicze Realu. Świetne wejście Marcelo, mobilność Isco i powiew młodości, który wniósł Morata, pozwalały wierzyć, mimo niekorzystnego wyniku, do końca. W 75 minucie Atletico zaczęło chodzić ze zmęczenia na czworakach. Wtedy stało się jasne, że jeśli Real zdoła wyrównać, to w dogrywce zmiecie lokalnego rywala.

Opiekun Atletico – Argentyńczyk Diego Simeone to jedna z najciekawszych postaci trenerskich, która pojawiła się w poważnym futbolu w ostatnich latach. Pewny siebie, charyzmatyczny, żyjący w nieprawdopodobnej komitywie z drużyna. Trener, który ma w swoim szkoleniowym DNA to, co miał również jako piłkarz. Zaciętość, nieustępliwość, pozytywną agresję. Ale ma jeszcze Simeone do odrobienia lekcję. Jak zrównoważyć ten nieprawdopodobny, wysoki i intensywny pressing z rozłożeniem sil na 90 minut. Historia meczu finałowego potwierdziła to, co można było zaobserwować w wielu meczach Los Colchoneros. Kwadrans do końca i przypomina się refren piosenki znanej przed laty w Polsce kapeli popowej Ex Dance – „Ktoś zabrał tlen”. W dogrywce grał i strzelał już tylko Real.

Teraz przyjdzie czas na ewolucję zespołu. Kilku piłkarzy odejdzie, kilka nowych twarzy na Bernabéu się pojawi. Najistotniejsze, że zostanie architekt sukcesu, Carlo Ancelotti. Spokojny, analityczny Włoch świetnie dogaduje się z gwiazdami futbolu i biznesu. Tak, tak, biznesu. Bo jednak wielu gwiazdorów Realu, na czele z Portugalczykiem Cristiano Ronaldo, ma mnóstwo obowiązków marketingowych. Dlatego zamordyści skazani są w Realu na porażkę. A „dobrzy ojcowie”, tacy, jak kiedyś Vicente Del Bosque, a dziś Ancelotti, mogą z tym klubem coś wygrać. Szatnia Realu, pomijając jakość treningu sportowego, wymaga wzajemnego respektu i rozumienia, że każdy z graczy to osobny projekt biznesowy i wymaga od klubu i trenera zrozumienia względem tych obowiązków. Czy Real teraz może kilka lat grać w Lidze Mistrzów bez presji? Absolutnie nie. Świetnie zdefiniował to prezydent Realu Florentino Perze, który przyznał, że Real jest skazany na wygrywanie i już od września pojawi się obsesja 11 Pucharu Europy.

Co mi się w Lizbonie nie podobało? Organizacja. Estadio da Luz położony jest tuż przy przebiegającej przez centrum miasta trasie szybkiego ruchu, obok centrum handlowego Colombo. Tłumy ludzi, brak określonych ciągów komunikacyjnych, nic niewiedzący, słabo mówiący po angielsku stewardzi, Tak to wyglądało. Wyjście 60 tysięcy ludzi ze stadionu w Manchesterze trwa 7 minut, w Warszawie 15. Ze Stadionu Światła wychodziłem w ścisku i tłumie blisko dwie godziny. To nie są warunki dla dzieci i starszych ludzi. Ale Portugalczycy, jak to południowcy, po prostu tacy są. Bardzo otwarci, uroczy, gadatliwi, uśmiechnięci, ale jednak dosyć luźno traktujący obowiązki i słabo zorganizowani. A przy takich projektach dyscyplina i dokładność jest jednak niezbędna. Bo każdy najmniejszy błąd i niedopatrzenie mogą prowadzić do tragedii. Na szczęście tym razem nic nikomu się nie stało.