W głowie mam jeszcze Charków

W głowie mam jeszcze Charków

Witajcie ponownie. Wybaczcie, że mnie tu parę miesięcy nie było, ale miałem mały kołowrotek w pracy oraz parę projektów do sfinalizowania, dlatego też zawiesiłem działalność. Ale dziś oficjalnie odwieszam i daje słowo, że przynajmniej raz w tygodniu skreślę parę słów.

Witajcie ponownie. Wybaczcie, że mnie tu parę miesięcy nie było, ale miałem mały kołowrotek w pracy oraz parę projektów do sfinalizowania, dlatego też zawiesiłem działalność. Ale dziś oficjalnie odwieszam i daje słowo, że przynajmniej raz w tygodniu skreślę parę słów.

Kilka dni temu spotkałem się z Rafałem Bauerem w Warszawie Wschodniej na przepysznym krupniku. To właśnie wtedy ustaliliśmy, że wracam do Was. A kiedy, o tym miałem zadecydować sam? Liczyłem tak po cichu, a nawet po cichutku, ze w Charkowie wydarzy się coś nieprawdopodobnie nielogicznego, jak ostatnie powołania Waldemara Fornalika. Niestety nie wydarzyło się. Zagraliśmy dobrze i ambitnie, jak w zasadzie nigdy w tych eliminacjach, a nie wygraliśmy jak zawsze. Mundial w Brazylii nie dla nas. Po raz drugi z rzędu obejrzymy go w telewizji. To będzie telewizja nocą, a więc już dziś wiadomo, że nie będziemy tego turnieju jakoś szczególnie i tłumnie przeżywać.

Jestem w drodze do Londynu. W głowie mam jeszcze Charków. Przegrany mecz i oddziałujący na wyobraźnie cmentarz, na którym leży ponad cztery tysiące polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w 1940 roku. We wtorek mecz z Anglią na nowym Wembley. Niezależnie od tego, że projekt pt. „Eliminacje do MS 2014” zawaliliśmy na całego, to nie można tego spotkania potraktować ulgowo. Wembley to symbol, Wembley to świątynia, Wembley to piłkarskie Koloseum. Oczekuje od każdego polskiego piłkarza, który wyjdzie na boisko, że da z siebie wszystko, że będzie gryzł trawę, bo Wembley zdarza się w życiu piłkarza reprezentacji Polski czasami raz w życiu, a czasami nie zdarza się wcale. Waldemar Fornalik to porządny człowiek i niezły trener. Pewnie niedługo znów z dobrym skutkiem, tak jak teraz Franciszek Smuda w Wiśle, odnajdzie się w futbolu ligowym. Ale praca z reprezentacją, mimo że się bardzo starał, na wielu płaszczyznach pana Waldka przerosła. Fornalik był/jest trenerem, którego nowy PZPN odziedziczył po Grzegorzu Lacie. Teraz prezes Zbigniew Boniek będzie musiał dokonać suwerennego wyboru. Zibi śmieje się z dziennikarskiej giełdy nazwisk, bo tam praktycznie sama zagranica. Bielsa, Grant, Advocaat, Trapattoni. A prezes jest przekonany, że kadrę powinien prowadzić Polak. Urban, Nawałka, Wdowczyk, Skorza, Lenczyk – tych polskich kandydatów wymienia się najczęściej.

Ja postawiłbym na drugą kadencję Jerzego Engela. To był ostatni Polak, którego drużyna narodowa miała styl, serce i jedność. W wielkim stylu wygrał eliminacje do mundialu w Korei, ale na turnieju poległ. Do dziś to w nim siedzi, podobnie jak niebywale doświadczenie, którego nie da się kupić ani zyskać z dnia na dzień. Engel szykował się do eliminacji EURO 2004, kiedy ówcześni prezesi PZPN Michał Listkiewicz i Zbigniew Boniek zwolnili go z posady. Sam Boniek objął wtedy kadrę, potem szybko zrezygnował ze względów rodzinnych, a reprezentacja oczywiście w turnieju w Portugalii nie zagrała. Czy po jedenastu latach Boniek odda Engelowi to, co mu wtedy zabrał?

P.S. I jeszcze mała przygoda modowa z Charkowa. Kocham Ukrainę, gościnność tych ludzi, ich niebywały talent artystyczny. Ale większość z nich ubrać się po prostu nie umie. W czwartek wieczorem, dzień przed meczem wybraliśmy się większą grupą do ekskluzywnego baru w centrum miasta. Ochroniarze grzecznie nas przeszukali i zaprosili do środka. Z wyjątkiem jednego – wiceprezesa PZPN Marka Koźmińskiego. Uznali, że jego sportowe obuwie jest tutaj wystarczającą przeszkodą. Rozpoczęliśmy negocjacje, bo Marek ubrany był naprawdę stylowo. Elegancka, taliowana koszula, modne spodnie i ładny sweterek. Strój uzupełniały eleganckie buty sportowe. Zresztą Koźmiński przez te wszystkie lata, kiedy mieszkał we Włoszech przywiązywał wielką wagę do tego, co je i w co się ubiera. To był zawsze „Italiano kadry” – włoski kołnierzyk i celowo przyciasnawy garnitur plus wąski krawat. Ochroniarze wciąż byli nieugięci. Nie przekonywała ich jego kariera w Serie A, wiceprezesura w PZPN, ani znajomość z ukraińską supergwiazdą Andrijem Szewczenko. Ulegli dopiero, kiedy już praktycznie zrezygnowani, rzuciliśmy do nich: – Kiedyś zrozumiecie, że ten  ubiór i te buty są naprawdę eleganckie. Ale to kiedyś, to dopiero nastąpi za jakiś czas. Tak mniej więcej za 15 lat, bo tyle jesteście w tyle za moda. Najpierw ich zatkało, a potem się roześmiali. Skinęli głową. Koźmiński wszedł.