Wakacje obowiązkowe

Wakacje obowiązkowe

Za mną niesamowity wyjazd. Dwutygodniowy rejs po Morzu Karaibskim. I pobyt, nie w jakimś ekskluzywnym resorcie, tylko w spartańskich momentami warunkach z obowiązkami marynarza. Gotowanie, sprzątanie pokładu, wachty.

Za mną niesamowity wyjazd. Dwutygodniowy rejs po Morzu Karaibskim. I pobyt, nie w jakimś ekskluzywnym resorcie, tylko w spartańskich momentami warunkach z obowiązkami marynarza. Gotowanie, sprzątanie pokładu, wachty.

Postanowiliśmy z grupą kumpli zwiedzić Małe Antyle. Nie całe oczywiście, bo nikt takiego długiego urlopu nie dostanie, ale sporo wysp, które w pamięci zostaną do końca życia. Polecieliśmy na Martynikę przez Paryż. Wygląda to dziwnie. Ze stolicy Francji lecisz 9 godzin w zupełnie inny klimat. I dalej jesteś w Unii Europejskiej. Płacisz w euro, stawki za połączenia telefoniczne takie, jak w Marsylii czy Nantes, i jeszcze świadomość, że przedstawiciel tej wyspy zasiada oficjalnie w parlamencie francuskim. W Le Marin wynajęliśmy dwa dziesięcioosobowe katamarany i ruszyliśmy na południe. Na każdej łodzi zawodowy kapitan, po dwóch marynarzy-amatorów, i reszta, typowe wilki… lądowe.

Wiatr i fale kilka razy mocniejsze niż w prognozach. Nie muszę Wam mówić, że znaczna część załogi przez pierwsze dni, zamiast łapać opaleniznę, bywała blada jak ściana i szybko wyrzucała zjedzone posiłki za burtę.

Generalnie czas bajkowy. Im dalej na południe, tym piękniej i coraz mniej komercyjnego świata.

Czynny wulkan na St. Lucia, atrakcyjna turystycznie Bequia, dzikie Saint Vincent ze stolicą w Kingstown – to był początek naszej podróży. Potem Wallilabou Bay, gdzie Johnny Depp, Keira Knightley i Orlando Bloom zagrali w dwóch częściach „Piratów z Karaibów”. Fajne to uczucie znaleźć się w miejscu, w którym gwiazdy Hollywood spędziły kilka miesięcy. Wszystko stało się niezwykle namacalne, a piña colada w miejscowym barze rzeczywiście wyborna. Potem jeszcze dalej na południe. Zjawiskowe Grenadyny. Najpierw Mayreau, potem Canouan, następnie Union Island, a na koniec rajskie Tobago Cays. To ostatnie miejsce to bajka, cudo, raj na ziemi. Całą wysepkę można przejść w kwadrans. Plaża zjawiskowa, woda jak z filmu „Błękitna laguna”. Świat podwodny – nieprawdopodobny. Cywilizacji żadnej. Nie ma restauracji, sklepu, toalety. Co nie znaczy, że nie można zjeść wykwintnej kolacji. Ta przypływa żywa łódką na brzeg. Parę minut i na drewnianych stołach pojawiają się tace pełne grillowanych ryb, wielkich krewetek, langust i homarów. Miód w gębie za przystępna cenę. Oczywiście z czasem sympatyczni karaibscy bracia przeobrażają się w naciągaczy kasujących za każdą, nawet najmniejszą pomoc. Ale to opowieść na inną okazję.

Zauroczyły mnie Karaiby. Podobało mi się takie – pierwsze, i pewnie ostatnie w życiu, spędzenie wakacji. Na łódce, pontonie i plaży. Bez luksusowego hotelu i posiłków all inclusive.

Jeszcze tylko 20 godzin podróży i wylądowałem w mroźnej Warszawie. Na jeden dzień. Bo po 36 godzinach znów byłem na Okęciu. Kierunek: Nowy Jork. Cel podróży: walka Artura Szpilki. Ale o tym następnym razem.