Nie bój się żyletek

Nie bój się żyletek

Wyobraź sobie, że wstajesz rano i już się cieszysz na myśl o goleniu. Co więcej to golenie, zamiast paru minut, zajmuje ci kilkanaście, ale nadal aż pcha cię do łazienki.

Muszka i Krawat

Łukasz Kielban

Historyk specjalizujący się w życiu codziennym polskich elit z dwudziestolecia międzywojennego, a szczególnie ówczesnych dżentelmenów. Autor licznych artykułów naukowych i popularnonaukowych, wykładowca, bloger. Przekonany, że erudycja i dobre wychowanie zdecydowanie ułatwiają kontakty międzyludzkie.”

Czas Gentlemanów

Wyobraź sobie, że wstajesz rano i już się cieszysz na myśl o goleniu. Co więcej to golenie, zamiast paru minut, zajmuje ci kilkanaście, ale nadal aż pcha cię do łazienki. Na dodatek jest o wiele bardziej skomplikowane niż włączenie elektrycznej golarki i przejechanie nią po policzkach, a uśmiech nadal nie schodzi ci z twarzy. Niemożliwe? A jednak! To doświadczenie zarówno moje, jak i wielu mężczyzn, którzy odważyli się sięgnąć po metody golenia naszych ojców i dziadków. Zanim stwierdzisz, że bredzę, przeczytaj ten króciutki tekst.

Przez ostatnie dekady obserwowaliśmy szybki rozwój technologiczny akcesoriów i kosmetyków do golenia. Czego to one teraz nie potrafią! A jednak, o dziwo coraz więcej mężczyzn decyduje się na tak zwany „kilkudniowy zarost”. Niby to taki styl, ale tak naprawdę to tylko usankcjonowanie pewnej formy zaniedbania, która jest bardzo na rękę wszystkim wrogom golenia. No właśnie. Nie da się ukryć, że niechęć do golenia jest obecnie niemal powszechna. Większość mężczyzn goli się jedynie z musu, ja też tak kiedyś miałem. Zarówno jednorazówki, żele go golenia, jak i najnowsze maszynki elektryczne mi nie odpowiadały.

W pewnym momencie trafiłem na informacje o golarkach na żyletki, pędzlach z włosia borsuczego i mydłach do golenia. Wyczytałem, że żele i pianki do golenia bardziej szkodzą skórze niż jej pomagają, że wieloostrzowe maszynki to zupełna pomyłka, a sukces nowoczesnych wynalazków wziął się jedynie z marketingu i lenistwa konsumentów. Sprawdziłem więc metodę z żyletkami. Trochę z zacięciem badawczym, trochę na potrzeby swojego bloga, trochę z nadzieją, że to będzie to.

Całości musiałem się uczyć od nowa: jak trzymać maszynkę na żyletki; ile razy i w których kierunkach nią przesuwać; jak się wyrabia pianę pędzlem z mydła albo z kremu do golenia w tubce; w końcu, jak dobrze nawilżać twarz, by golenie odbywało się z mniejszą szkodą dla skóry. Pierwsze próby były takie sobie, ale od razu oczarował mnie sam proces golenia. Wymagał on bowiem skupienia, poznania siebie, wyciszenia.

Z czasem osiągnąłem efekty nieosiągalne dla mnie jednorazówkami czy golarkami elektrycznymi. To już był dla mnie spory sukces. Jednak chyba największą zaletą tradycyjnych metod jest to, że czynią one golenie naprawdę przyjemnym doznaniem. Dodatkowo zyskujemy ten rytuał, te 10-15 minut, w których możemy (musimy!) zapomnieć o codziennej gonitwie, skupić się trochę na sobie i na tej manualnej pracy. W pierwszej chwili można uznać, że to jakiś hipsterski retro-snobizm, ale wystarczy spróbować, żeby zmienić zdanie.